Stałam na jednej z wyższych skał pokrywających wybrzeże i wpatrywałam się w dal. Mgła osnuwała dolinę, ostry wiatr, który zerwał się niespodziewanie kuł jak lodowate szpilki, a na dodatek, jakby tego było mało siąpił przejmujący deszcz. Żałowałam, że nie wzięłam swego ukochanego, czarnego prochowca i bez namysłu wybiegłam w deszcz. "O matko, jaka ja jestem głupia! Jak mogłam nie pomyśleć o tak oczywistej rzeczy?" - gromiłam się w duchu. Deszcz spływał po moich policzkach, ramionach i szyi, wsiąkał w aksamitną bluzkę i chłodził plecy. Było mi dobrze. Bardzo dobrze. Wstałam wyciągnęłam ręce ku górze i odrzuciłam włosy do tyłu. "Niech szlag wszystko trafi" - pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie. Ze wschodu nadciągała burza, ale nie zwracałam na to uwagi. Uśmiechnęłam się tylko, wyciągnęłam miecz i wbiłam go w skałę u swoich stóp i oparłam się o broń plecami. Zasnęłam. Chciałam być sama i odpocząć od wszystkich. A na pewno już od tego przeklętego domu.
Po jakimś czasie się obudziłam. Deszcz już nie padał, rozpogadzało się, ale i tak byłam cała mokra. Nie przeszkadzało mi to. Wzięłam miecz i zeszłam pośpiesznie ze skały uważając na oślizgłe kamienie. Nie poszłam jednak do domu, tylko do miasta. Przystanęłam pod barem o nazwie "Błękitna gwiazda". Nim jednak do niego weszłam narzuciłam na siebie płaszcz z kapturem, nie chciałam bowiem być uznawana za kobietę. Wkrótce weszłam do budynku, minęłam różne stoły i ławy, po czym przysiadłam przy samotnym stoliku w końcu baru. Siedziałam tam i rozmyślałam, ale nagle ktoś się do mnie przysiadł. Zerknęłam nań i prawie, że spadłam z krzesła, bo przede mną siedziała młoda dziewczyna o jasnych, perłowych lokach i obserwowała mnie z ukosa. Wstałam, rzuciłam jej przeciągłe spojrzenie i złapałam za dłoń, po czym pochyliłam się ku niej.
- Chodź ze mną, proszę - szepnęłam. Skinęła tylko z wolna głową i podążyła ze mną ku wyjściu. Kiedy oddaliłyśmy się od drogi zrzuciłam kaptur i spytałam:
- Kim ty u diabła, jesteś?
- Alochomora - odparła.
- Ludzie... - jęknęłam. - Czemu mnie śledzisz?
- Bo jesteś piratką - uśmiechnęła się tylko.
- Że co niby? - zawołałam.
- Nie udawaj, że nie wiesz! - warknęła. - Jesteś piratką, tak?
- Tak - odparłam niechętnie i zaczęłam rozważać opcję zabicia natręta oraz wrzucenia jego trupa, gdzieś do rynsztoku, ale po namyśle postanowiłam nieznajomej wysłuchać
- Czego ode mnie chcesz? - spytałam.
- Wysłuchania - rzekła.
- Więc?
- Więc ponoć - słyszałam to z ust osób trzecich - jesteś piratką i masz dwie znajome, które mają zamiar łupić te morza, czy tak?
- Załóżmy.
- No właśnie. A mówię Ci to nie po to, aby cię szantażować, tylko dlatego bo chce dołączyć do waszego bractwa.
- To tylko o to chodzi? - odetchnęłam.
- Tak.
- No dobrze, to może... chodź ze mną, ok?
(Alochomora? Dokończysz?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz