sobota, 27 lipca 2013

od Arven do Veronicy



***


Stałam samotnie w cichym i pustym pomieszczeniu o obdrapanych ścianach i przeciekającym stropie. Był to spory pokój - dawniej wspaniały i imponujący, teraz zniszczony powodziami i pożarem. Wokół słychać było szemrzącą wodę - spływała po zakurzonych obrazach i wsiąkała w ciemnozielone, podarte portiery walające się tu i tam po posadzce. Potężne łóżko stojące w przeciwległym końcu pokoju było zanurzone w gęsim pierzu, które uleciało z przedziurawionych poduszek, a na zabytkowym stoliczku drzemała skulona żmija. Oddychałam szybko przełykając łzy i spoglądając z ponurą determinacją i rozpaczą na zrujnowane pomieszczenie. Wciąż jeszcze pamiętałam błysk wypolerowanej podłogi, miękki materac na mahoniowym łożu, po którym skakałam będąc berbeciem. Teraz wszystko przestało istnieć. Wiedziałam, że to sen. Jeden z wielu, które mnie nawiedzały po pamiętnym dniu egzekucji. Zawsze próbowałam wmówić sobie, że to fikcja, wytwór mojej zwariowanej wyobraźni, ale czułam, że to się dzieje naprawdę. Za każdym razem jakiś element pozostawał niezmieniony, ale dużo przedmiotów to znikało to się pojawiało, aby nawiedzać mnie zarówno za dni, jak i za nocy. Od niechcenia schyliłam się i podniosłam stary pamiętnik mojej siostry. Skórzana okładka była podrapana, ale można było odczytać jedno jedyne słowo. Cassandra. Wciąż pamiętałam - choć obraz ten coraz bardziej zacierał się w mojej pamięci - jej czarujące oczy i wdzięk z jakim przewracała pergaminowe stronnice dziennika. Zawsze tak samo niedbale, z tajemniczym uśmiechem błąkającym się po ustach. Po chwili wahania otworzyłam notes na pierwszej stronie, ale kiedy zaczęłam czytać, poczułam ujmujący ból w piersi i rzuciłam przedmiot w stertę rupieci w drugim kącie pokoju. Kucnęłam na podłodze, zwinęłam się i zaczęłam łkać. Coraz głośniej, coraz rozpaczliwiej... A potem nastał klasyczny koniec snu - wszechogarniająca mnie ciemność...

***

Obudziło mnie brutalne potrząsanie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że nade mną stoi Elizabeth.
- Znowu dręczy Cię ten sen? - spytała cicho. Zerknęłam na nią z ukosa i odparłam możliwie beztrosko:
- A jakże! Czuję się świetnie!
Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale odwróciła się i wyszła z pokoju. "Uff" - odetchnęłam i wstałam. Szybko ubrałam się, rozczesałam zmierzwione włosy i wybiegłam z domostwa na dwór. Tam też na murku przed budynkiem siedziała Elizabeth i nuciła coś pod nosem. Rozejrzałam się i podeszłam do niej.
- Nie zarekwirowali nam statku? - szepnęłam jej do ucha. Ona tylko rozpromieniła się niespodzianie i mruknęła:
- Jasne, że nie! Kiedy ty słodko chrapałaś...
- Elizabeth! - przerwałam jej marszcząc brwi.
- Chcę powiedzieć przez to, że nie - odpowiedziała z figlarnym uśmieszkiem.
- Skoro zamierzasz cały czas się tak tu wdzięczyć ja idę na przechadzkę i proszę abyś uważała na żandarmerię.
- A za kogo ty mnie niby uważasz?! - odwarknęła tylko dziewczyna i wróciła do nucenia.
- Nastolatki - mruknęłam pod nosem i ruszyłam swoją drogą. Przemykałam uliczkami, chroniłam się w cichych zaułkach, aż dotarłam na nabrzeże. Tam też czekał Alurien i zobaczywszy mnie pędzącą w jego kierunku zakwilił radośnie.
- Witaj - uśmiechnął się, o ile rzecz jasna ptak może się uśmiechnąć.
- Cześć, mały - mrugnęłam do niego - Wszystko dobrze?
- Doskonale, wręcz! Czy wyobrażasz sobie moc padliny jaką można tutaj spotkać?
- Najadłeś się, jak sądzę?
- A jak myślisz?
- Byłeś na zwiadzie? - spytałam nagle przyglądając mu się badawczo.
- Przelotnym - odparł ptak, ale dostrzegłam jego zmieszanie.
- Co proszę? Ty się tu obżerasz jakby nigdy nic, a...
- Już lecę - szybko przerwał mi Al i wzbił się w powietrze zanim zdążyłam go zwymyślać.
Nim ochłonęłam usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Zamarłam i wstrzymałam oddech, po czym z wolna się odwróciłam. Za mną stała wysoka dziewczyna o lśniących, brązowych włosach, które opadały jej na plecy i patrzyła na mnie z mieszaniną zaciekawienia i niechęci. Naprężyłam się jak do skoku i nim zdążyła coś zrobić przytykałam jej do szyi szablę.
- Kim jesteś? - wycedziłam przez zęby.
- Nikim specjalnym - odparła i uśmiechnęła się blado.
- Więc? - opuściłam broń, ale wciąż trzymałam ją w pogotowiu.
- Veronica Schladerr, do usług - skłoniła mi się przesadnie nisko i wyczułam w tym jawną arogancję.
- Jesteś bezczelna! - warknęłam i zlustrowałam ją wzrokiem.
- Nie ty pierwsza mi to mówisz - uśmiechnęła się, tym razem szczerze.
- Co tu robisz i dokąd zmierzasz? To mój teren.
- Przepraszam Cię serdecznie, nie zdawałam sobie z tego sprawy - skrzywiła się nieznacznie - Pochodzę z pewnego miasteczka na zachód stąd. Uciekłam stamtąd 6 lat temu i odtąd błąkałam się po różnych lądach i morzach.
- Jesteś piratką? - spytałam prosto z mostu - Odpowiedz: tak czy nie?
- Zależy jak na to spojrzeć. Nie łupiłam jeszcze nigdy ludzi, ale nie powiem, abym miała - przynajmniej z normalnymi - ludźmi przyjazne stosunki. A skoro tak mówimy o mnie, to może być też napomknęła coś o sobie?
- Nie wiem czy Ci zaufać - mruknęłam i schowałam miecz - Ale póki co chodź za mną.

[Verry - dokończysz?]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz