Podążyłyśmy więc ku naszemu domostwu. Szybko tam też się dostałyśmy, na murku jednak Elizabeth już nie było. Wbiegłyśmy do budynku, ale i tam po gruntownym przeszukaniu pokoi nie znalazłyśmy dziewczyny.
- Elizabeth! Gdzież ty się podziewasz? - krzyknęłam, ale dziewczyna zaginęła. Zmarszczyłam czoło. Miała przecież nigdzie się z domu nie ruszać, a tu śladu jej nie ma!
- Jak myślisz? Co się jej stało? - spytała po chwili Veronica. Już chciałam odpowiedzieć, że Elizabeth szlag trafił kiedy usłyszałam jakiś hałas nad nami. Zmrużyłam oczy i przycupnęłam z wyjętą bronią.
- Chodź za mną - szepnęłam do Verry i sama pomknęłam na schody prowadzące na drugie piętro. Tymczasem łomot się nasilał. Odetchnęłam głęboko i przystanęłam tuż przed klapą, którą wchodziło się na strych.
- Raz, dwa, trzy! - zawołałam otworzyłam klapę, po czym szybko wdrapałam się na strych. Za mną podążyła Verry.
- Co tu się dzieje, Arven? - spytała.
- Och, nic szczególnego - odparłam - Tylko właśnie zginęła Elizabeth i ktoś - bądź coś - rozbija się tutaj.
Jednak jak się okazało nikogo nie było. Hałas zaś natężył się, ale ewidentnie dochodził z góry.
- Ona jest na dachu - wycedziłam wściekła i rozdrażniona. Otwarłam ostatnie drzwiczki prowadzące na dach i wyskoczyłam na dachówki.
- Aha! - krzyknęłam zobaczywszy Elizabeth stojącą jakby nigdy nic z Alurien.
- Och, Arv - uśmiechnęła się niewinnie. - Jak dobrze Cię widzieć.
- Tak, też cię lubię - odparłam siląc się na obojętność i zawróciłam:
- Verry?
- Tak? - odrzekła piratka.
- Może pogadaj sam na sam z Elizabeth. Nie mam humoru - i nie czekając na jej odpowiedź wskoczyłam na strych, stamtąd skierowałam się na półpiętro i wreszcie wyszłam z domu. Chciałam odetchnąć, a tak mogłam jedynie przy... jeździe konnej. Pobiegłam więc do portu i skierowałam się do konia, który pasł się niedaleko plaży. Nazywał się Beauregard, ale nie był mój. To był dziki koń, który po prostu mnie akceptował. Podeszłam doń i łagodnie pogłaskałam go po szyi.
- No co mały? Chciałbyś trochę pobiegać? Na pewno - szepnęłam mu do ucha i bez ceregieli wskoczyłam mu na grzbieti szybko pogalopowaliśmy na plażę i długo pędziliśmy nabrzeżem rozpryskując pieniącą się wodę i wypłaszając stadka biegusów. W końcu nastał wieczór...
[Verry - może napiszesz o czym to gadałyście z Elizabeth?]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz